Iran. Kraj dla kobiet

Od powrotu z Iranu wciąż pytają mnie, czy się nie bałam. Iranki też mnie pytały, czy powinny się bać Europy. Obie strony mają ten sam lęk. O samotnej podróży przez Iran opowiada Marzena Filipczak, autorka książki „Między światami”.

Rozmawiał: Łukasz Długowski

ŁD: Jak to jest samotnej kobiecie podróżować po kraju ajatollahów?
MF: Fajnie. To nie był mój pierwszy raz w kraju muzułmańskim, byłam m. in. w Jordanii, Turcji, wielokrotnie w Maroku, więc mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Ludzie w kulturze islamu są bardzo opiekuńczy, pomocni, otwarci, ciekawi. Tymczasem, kiedy po powrocie do Polski rozmawiałam ze znajomymi – mądrymi, wykształconymi ludźmi, słyszałam: – Pojechałaś sama do Iranu?! Przecież tam jest niebezpiecznie! Wydawało mi się, że już wszyscy wiedzą, że to nieprawda.

ŁD: Zawsze czułaś się bezpiecznie? Podobno wszędzie podejrzewali cię o szpiegostwo.
MF: Nie wszędzie i nie na każdym kroku, ale pewna paranoja szpiegowska rzeczywiście panuje. Poznałam Hiszpankę, która sama pojechała do miasta Natanz, gdzie jest ośrodek wzbogacania uranu, według Irańczyków wykorzystywany do budowy elektrowni atomowej, według Zachodu – bomby atomowej. Marta opowiadała mi, że co 10 minut zaczepiali ją na ulicy tajniacy i pytali, co tu robi. Mnie nie zaczepiał nikt, ale pojechałam tam z irańską rodziną, bez plecaka, nie rzucałam się tak bardzo w oczy. Poznałam też turystów, których odnalazła w hotelu policja po – jak to określili – zbyt ekspresyjnym robieniu zdjęć na bazarze i przed meczetem. Mieli dużo sprzętu, wyglądali na profesjonalistów, wyróżniali się. Ale z reguły miejscowi byli serdeczni i bardzo zainteresowani turystami. Na ulicy wciąż zaczepiały mnie dziewczyny, by pogadać.

ŁD: Mogą tak rozmawiać z obcymi?
MF: To zależy. Kobiety mogą rozmawiać z kobietami, mężczyźni teoretycznie nie powinni mnie zaczepiać, ale ponieważ dla nich byłam nie tylko kobietą, ale także turystką, niektórzy zagajali. Zwykle jednak szybko przyprowadzali rodzinę, żebym nie musiała z nimi przebywać sam na sam. Ty jako mężczyzna nie powinieneś zaczepiać irańskiej kobiety, obok której nie ma mężczyzny z rodziny. W Iranie obowiązuje prawo koraniczne, jest dużo reguł i zakazów. W praktyce jednak na wiele z nich patrzy się z pobłażaniem. Telewizja satelitarna jest zakazana, ale i tak wszyscy mają talerze, Facebook jest zakazany, a wielu z niego korzysta. Nie można przyjmować do domów obcokrajowców, a wielokrotnie spałam u Irańczyków. Kobiety powinny ubierać się zgodnie z zasadami hidżabu, czyli mieć zasłonięte całe ciało z wyjątkiem twarzy i dłoni, ukrywając przy tym jego kształty. Ale modne Iranki upinają chusty z tyłu głowy tak, by odsłaniały im włosy, a turystkom nikt nie zwraca uwagi z powodu sandałów. Jest jednak pewna granica, której nie powinno się przekraczać i dopiero, kiedy to zrobisz, uświadamiasz sobie, że jesteś obserwowany. Znam przypadek turystki, która miała koszulę ledwie zasłaniającą pośladki. Na ulicy zaczepili ją strażnicy, poszli z nią na bazar i kazali kupić odpowiednie ubranie. W niektórych miejscach, głównie sanktuariach, wszystkie kobiety – także turystki – obowiązuje czador, czyli płachta materiału, zwykle czarnego, którą trzeba otulić się od stóp do głów. Do czadoru należy zasłonić stopy – dlatego zawsze miałam w podręcznym plecaku skarpetki – i nie można nosić okularów przeciwsłonecznych. Takie są zasady. W Meszhedzie, czyli najświętszym mieście Iranu, weszłam do sanktuarium Imama Rezy, w którym trzeba nosić czador. Zobaczyłam jednak, że Iranki noszą okulary przeciwsłoneczne, więc ja też je założyłam. Były tam kobiety z miotełkami do ścierania kurzu. Nagle jedna pacnęła mnie tą miotełką w twarz. Początkowo nie wiedziałam, o co chodzi, ale kiedy zostałam pacnięta po raz drugi, zrozumiałam, że nie powinnam jednak chodzić w tych okularach. Co ciekawe: Irańczycy sami zwykle nie zwracają uwagi, tylko proszą o to odpowiednie służby. Kiedy po wyjściu za bramę sanktuarium zdjęłam czador i usiadłam na chwilę na murku, kątem oka zobaczyłam, że jakiś pielgrzym wskazuje mnie strażnikowi. Ten podszedł i grzecznie zwrócił mi uwagę, że w tym miejscu obowiązuje jeszcze czador.

ŁD: Czy Iran to schizofreniczny kraj – są zakazy, których nie wolno łamać, ale i tak wszyscy to robią?
MF: Schizofrenicznym bym go nie nazwała. To jest nowoczesny kraj, w którym musisz przestrzegać reguł innych niż nasze. Zwykle, jeśli którąś złamiesz, nie zostaniesz od razu surowo ukarany, tylko upomniany. Nie wiem, co byś musiał zrobić, żeby mieć duże problemy.

ŁD: W książce „Między światami” piszesz, że bardziej bałaś się chusty niż religijnych fundamentalistów, dlaczego?
MF: Nie bałam się chusty jako takiej, ale związanej z nią niewygody – hidżab trzeba nosić zawsze w miejscach publicznych. Czyli nie tylko na ulicy czy w parku, ale w każdym miejscu poza twoim pokojem. Jeśli mieszkasz w hotelu bez łazienki, wychodząc do niej, zakładasz chustę i tunikę. Jeżeli jedziesz autobusem, siedzisz w restauracji – obowiązkowo w chuście.

ŁD: Funkcjonuje takie wyobrażenie, że hidżab to coś opresyjnego. Co ty czułaś?
MF: Hidżab obowiązuje wszystkie kobiety i dziewczynki od dnia 9. urodzin. Większość Iranek nosi zakryte buty, spodnie, płaszczyk do kolan zwany manto i chustę. Niektóre – zwłaszcza w dużych miastach – noszą obcisłe spodnie i jaskrawe, związane paskiem manto – które z daleka wygląda jak normalna sukienka. Znacznie częściej, zwłaszcza, jeśli wychodzą poza dom bez męskiego opiekuna, narzucają czarny czador. Twierdzą, że to dla ich dobra, bo dzięki temu nie zaczepiają ich mężczyźni. Faktem jest, że gdy chodziłam w czadorze, to choć wyróżniałam się jako ta z jaśniejszą skórą i niebieskimi oczami, dużo mniej zwracano na mnie uwagę. Japonka, z którą mieszkałam w tym samym hotelu w Meszhedzie, poszła sama na nocne uroczystości. Trochę się bała, że będzie musiała wracać przez puste ulice. Kiedy rano zapytałam ją jak było, odpowiedziała, że po wyjściu z sanktuarium nie zdjęła czadoru i przeszła w nim pół miasta kompletnie niezaczepiana.

ŁD: Po jakimś czasie sama zaczęłaś myśleć, że to dla twojego bezpieczeństwa?
MF: W krajach muzułmańskich kobiety mają przekonanie, że to ich wina, jeśli mężczyzna je zaczepi, bo doprowadziły do tej sytuacji. Ubrały się albo zachowały nieodpowiednio.

ŁD: Zadziwiające, że ty przejęłaś to myślenie.
MF: Nie przejęłam go racjonalnie, to było automatyczne. Wspomniana wcześniej Hiszpanka wsiadła rano do taksówki, żeby pojechać na uroczystości do meczetu i kierowca zaczął ją dotykać. Kiedy wysiadła, pomyślała: – Kurcze, może to moja wina? Może nie powinnam jechać taksówką sama, tak rano? Tak też tłumaczyły jej Iranki. Mnie z kolei przydarzyło się, że gdy przechodziłam sama pustym przejściem podziemnym idący z naprzeciwka młodzieniec klepnął mnie w pośladek. Automatycznie pomyślałam: – Może nie powinnam tamtędy chodzić sama? Żadna Iranka by tak nie zrobiła.

ŁD: Dużo piszesz o irańskiej gościnności, na czym polega jej wyjątkowość?
MF: Jest jej tak dużo, że czasami chciałam pobyć sama. Bywało tak, że przez trzy kolejne dni nie miałam nawet chwili, żeby zapisać stronę notatek. Połowę pobytu spędziłam w gościnie, a gdybym chciała, mogłabym spać u kogoś codziennie – ludzie zaczepiali mnie w autobusie, na ulicy. Piątek, który jest w islamie dniem świątecznym, rodziny spędzają na piknikach w parkach. Kiedy tamtędy przechodziłam, wciąż słyszałam: – Chodź na herbatę! Chodź posiedzieć z nami chwileczkę! Gdy dołączysz, dostajesz daktyle, chleb, zaczynają się pytania, opowieści, potem zaproszenia do domu, po drodze odwiedza się wszystkich kuzynów, układają ci plan podróży i już o niczym nie musisz myśleć.

ŁD: To raj dla turysty.
MF: Z jednej strony raj, bo poznajesz prawdziwe życie, a nie tylko to z przewodników, z drugiej – oddając się pod opiekę miejscowych zgadzasz się na to, że to oni decydują, co dla ciebie dobre. A czasem trudno im wytłumaczyć, że wolę iść na bazar, napić się herbaty i pogadać z ludźmi, zamiast zwiedzić kolejne muzeum czy pałac. Gdybym jednak chciała, w ogóle nie musiałabym się zajmować organizacją podróży. Zdarzało się, że odwożono mnie 200 km tylko po to, żeby przekazać pod opiekę kuzynów. Byłam oprowadzana po wszystkich ciekawych miejscach, dziewczyny kupowały mi bilety wstępu, a gdy upierałam się, by kupić je sama, wykłócały się z bileterką o cenę, bo dla obcokrajowców są wyższe niż dla miejscowych.

ŁD: Weszłaś do świata niedostępnego dla mężczyzn. Jak on wygląda?
MF: Dla Iranek wszystko było bardzo ciekawe, a najbardziej stosunki damsko-męskie: czy to prawda, że nie mamy mężów? Czy można u nas mieszkać z chłopakiem? A jak się urodzi dziecko? Czyje wtedy ma nazwisko? Czy jeśli on odejdzie, płaci alimenty? Czy w Polsce jest problem z rozwodami? Bo w Iranie teraz jest – cytuję – bardzo trudno o dobrego męża.

ŁD: A co mówiły o sobie?
MF: Na początku nie wiedziałam, o co mogę pytać, czy wypada rozmawiać o stosunkach rodzinnych i damsko-męskich. Ale nie było z tym problemów. Okazało się, że Iranki są bardzo nowoczesne: praktycznie każda ma prawo jazdy, wiele z nich pracuje, często są nauczycielkami. Byłam u rodziny, w której było pięć córek i każda uczyła czegoś innego. Poznałam kobiety, które inwestują zarobione pieniądze w nieruchomości, wiele uprawia sport. Spotkałam dziewczynę, która trenowała judo i taekwondo, widziałam kobiety grające w hidżabach w piłkę nożną. W zasadzie one robią to samo co my, tylko nieco inaczej się ubierają.

ŁD: Jak udaje im się żyć w tym męskim świecie?
MF: One się dziwią, jak to nam się udaje. Kiedy po powrocie do Polski opowiadałam o losie tamtejszych kobiet, wszyscy mówili: – Jakie to straszne. Tymczasem, kiedy tam mówiłam, że na Zachodzie niektóre kobiety żyją same, słyszałam: – To straszne. Nie ma was kto utrzymać.

ŁD: Kobietom wcale nie jest tam tak źle?
MF: Z jednej strony mogą wiele, z drugiej wybór tego, co mogą, jest ograniczony. Często mi powtarzały, że chciałyby podróżować, nawet nie za granicę, tylko nad Morze Kaspijskie, które dla nich jest symbolem wymarzonych wakacji, ale nie mogą, bo nie mają męża, a ojciec czy brat nie ma czasu. Gdy pytałam, czy nie możesz pojechać sama, ze zdziwieniem odpowiadały: – Ale jak to? Przecież to niemożliwe. A wakacje to tylko najbanalniejszy i najbardziej zwyczajny przykład.

ŁD: Radzisz, także kobietom, jechać do Iranu?
MF: Od powrotu wciąż pytają mnie, czy się nie bałam. Iranki też mnie pytały, czy powinny się bać Europy. Jedna wybierała się na studia, zastanawiała się: pojechać do Wiednia czy do Helsinek. Pytała, gdzie będzie bezpieczniejsza. Obie strony mają te same lęki, ale gdy się poznamy, okazuje się, że są one absurdalne. Za mało o sobie wiemy, żeby się oceniać.

wp.pl

 

Oceń artykuł Iran - Kraj dla kobiet

2

Głosów

Głosowanie
Negatywnie

3 Lat temu

2

Głosów

Głosowanie
Pozytywnie

3 Lat temu

1 możliwych do oddania głosów

jVoteSystem developed and designed by www.joomess.de.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież