Referendum w Turcji. Erdogan został sułtanem

Turcy wybrali, czy dadzą prezydentowi Recepowi Erdoganowi nieograniczoną władzę. I choć nie zliczono jeszcze wszystkich głosów, rząd ogłosił zwycięstwo. Oznacza to, że Turcja będzie bardziej monarchią absolutną niż demokracją.

Turcy zdecydowali w referendum, że dadzą ogromną, niemal absolutną władzę prezydentowi Recepowi Erdoganowi. Oznacza to zmiany w konstytucji, dające prezydentowi możliwość zarządzania dekretami, bez zgody parlamentu. Prezydent będzie jednocześnie szefem rządu i będzie mógł rozwiązać parlament. A dzięki wydłużeniu kadencji Erdogan formalnie będzie mógł rządzić jeszcze do 2029 r. Wśród licznych przywilejów będzie miał też ogromny wpływ na wymiar sprawiedliwości i możliwość mianowania sędziów.

Jak informuje agencja Anatolia po przeliczeniu 99 proc. głosów., 51,3 proc. wyborców opowiedziało się za zmianą systemu politycznego z parlamentarnego na prezydencki. Frekwencja wyniosła 86 proc. Zwolennicy Erdogana już ogłosili zwycięstwo, mimo że nie podano jeszcze oficjalnych wyników, a część opozycji zapowiedziała, że zażąda ponownego przeliczenia niektórych głosów.

Mimo pozornie skomplikowanych zmian prawnych w efekcie głosowania, referendum było tak naprawdę bardzo uproszczone. Turcy głosowali „za”, kreśląc białe pole z napisem „evet”. Lub przeciw, na blado-czerwone pole z napisem „hayir” ("nie"), czyli za zachowaniem dotychczasowego parlamentarno-gabinetowego systemu władzy.

Erdogan od kilkunastu lat walczył o pełnię władzy

O możliwość rządzenia w systemie ultraprezydenckim. Właściwie tylko dla kamuflażu tak nazywanym, bo w rzeczywistości uprawnienia prezydenta po referendum będą bardziej podobne do praw monarchów w systemach przedkonstytucyjnych. Zresztą Turcy już dziś mówią o Erdoganie „sułtan”. W czasie kampanii przedreferendalnej podziały wśród Turków nałożyły się na historyczne stereotypy. Zwolennicy zwiększenia uprawnień prezydenta pozycjonowali się po stronie wciąż żywych sentymentów po imperium osmańskim i sułtanacie. Przeciwnicy, śpiewając „Marsz Izmirski”, pieśń Ataturka, ojca nowoczesnej Turcji, ustawiali się po stronie laickiej republiki.

Recep Erdogan celowo rozhuśtał nastroje i podzielił Turków. Na tym oparł swoją kampanię referendalną. Od czasu nieudanego puczu wojskowego z lipca 2016r. straszył: spiskowcami w armii i służbach, Kurdami, islamskimi terrorystami i zachodnimi mocarstwami. Erdogan próbował skonsolidować społeczeństwo pod sztandarami walki z elitami. Wrogami dla prostego Turka według prezydenta zostali wyksztłceni i zlaicyzowani rodacy z miast. By podbudować tę narrację od czasu puczu trwają bezprecedensowe kampanie aresztowań dziennikarzy, nauczycieli, urzędników i oficerów. Są nazywani wprost zwolennikami terrorystów.

Napiętą atmosferę podgrzały jeszcze zamachy terrorystyczne ze Stambułu i Ankary. W cieniu spektakularnych zatrzymań rzekomych spiskowców trwają masowe zwolnienia z pracy i szykany. Wielkie, prywatne, tureckie koncerny oligarchiczne ugięły się pod presją państwowej administracji i również zwalniają ludzi oskarżanych o poglądy anty-erdoganowskie.

W Turcji zapanował strach

Napięcie rosło do referendum. Wrogiem numer jeden stał się Zachód. Zwłaszcza europejskie państwa oskarżane przez Erdogana o faszyzm i genetyczną antytureckość: Niemcy, Austria, Holandia i Francja. Nie mniejszym wrogiem jest Ameryka, bo nie chce wydać wroga Erdogana, muzułmańskiego kaznodziei Fetullacha Gullena. I to mimo prezydentury Donalda Trumpa, który początkowo wydawał się z sympatią patrzeć na tureckiego przywódcę.

Antyeuropejska nagonka i awantura o turecką minister, której holenderskie władze nie pozwoliły agitować w swoim kraju miały jasno określony cel. Erdoganow chodziło o mobilizację ogromnej, wielomilionowej tureckiej diaspory w Europie. Same Niemcy ze swoją turecką mniejszością to czwarty pod względem wielkości turecki okręg wyborczy, po Stambule, Ankarze i Izmirze. W kampanii antyeuropejskiej nienawiści i oskarżeń o neokolonialne zapędy Erodganowi udało się zaszczepić nieufność wobec Zachodu. Nie tylko wśród licznej, tureckiej diaspory w Europie. Także w samej Turcji, gdzie poziom zaufania wobec Zachodu jest dramatycznie niski. A przecież Turcja aspirowała do UE, jest członkiem NATO. Wielu analityków wskazuje, że po referendum emocje opadną i Erdogan wyciszy antyzachodnią retorykę.

Ale przecież ogromna władza, jaką dostaje w ręce, będzie generować nowe problemy. Po pierwsze spotka się ze zdecydowaną krytyką Zachodu. Po drugie, prezydent ze zdwojoną siłą przystąpi do realizacji swojej idei Turcji, regionalnego mocarstwa balansującego między Wschodem i Zachodem. Mocarstwa, które jest mocno osadzone w tradycji muzułmańskiej, bliskowschodniej i imperialnej osmańskiej. A z Zachodem połączone jedynie rynkami i doraźnymi sojuszami. Ta idea stoi w sprzeczności z oczekiwaniami Europy i Ameryki. Będzie powodem konfliktów. Podobnie jak niewątpliwy dalszy upadek tureckiej demokracji i rozkwit rządów policyjnych, ręcznie sterowanych przez jednego człowieka.

Jeśli dorzucić do tego rosnące kłopoty Turcji na południu: z Kurdami i w Syrii, to okazuje się, że obiecywane przez Erdogana stabilne i spokojne państwo jest fikcją. Przeciwnie, Turcja wkracza właśnie w okres wielkiej niestabilności.

newsweek.pl

 

Oceń artykuł: Referendum w Turcji. Erdogan został sułtanem

0

Głosów

Głosowanie
Pozytywnie

7 Miesięcy temu

0

Głosów

Głosowanie
Negatywnie

7 Miesięcy temu

1 możliwych do oddania głosów

jVoteSystem developed and designed by www.joomess.de.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież